Życie jest do dupy. Życie współczesnego człowieka jest pełne stresu, wrednych ludzi, czasami śmierci. Całe mnóstwo ludzi chodzi ultrazdołowanych – mówił w rozmowie z magazynem VIVA, Maciej Maleńczuk.
Muzyk promując książkę o nim samym pt. “Maleńczuk. Ćpałem, chlałem i przetrwałem” postanowił szczerze opowiedzieć o swoich ciężkich przeżyciach. Mówił między innymi o wspomnieniach związanych z alkoholem.
Pięćdziesiątka wódki, którą wypiłem w wieku siedmiu lat. Było nas pięciu kumpli między 7 a 10 lat. Siedzieliśmy ukryciu w domu z tektury, który sami zbudowaliśmy, i obaliliśmy półlitrówkę. Butelka miała korek, jak wino, i zalakowaną główkę. Musiał to być 1968 rok. Inicjatorami byli ci troszeczkę starsi koledzy, a ponieważ ja się z nimi bujałem, to też dostałem strzała. Nalewaliśmy do kieliszka typu 25, więc wypiłem dwie kolejki. Potem zgasło światło – wspominał artysta.
Mało kto pamięta, że Maciej Maleńczuk w swoim życiu miał również epizod gry na ulicy. Wówczas to spotkać go można było na ulicy Sławkowskiej w centrum Krakowa.
Na ulicy jesteś ostatni w łańcuchu pokarmowym. Jest średnio ciepło, ludzie się śpieszą, zakapturzeni, a ty musisz zagrać, bo, kurwa, potrzebujesz szmalu. I grasz. I nikt się nie zatrzymuje. A ty dalej grasz. Bardzo przykre. Ja mam w sobie bezczelność, ale początki były cholernie trudne – mówił.
Żyję, ale uwierz mi, że umierałem tysiące razy. Cholernie mi żal, że Betina nie żyje, Radwan… Trzeba dopuszczać do kaca i nie wpadać w ciągi. Strzelałem okazjonalnie, ale nigdy nie byłem w ciągu – dodał.
Comments are closed.